Zaczęło się od tego obrazu Itzchaka Tarkaya…

Nie pisałam nic przez ostatni rok, a może nawet dłużej, bo szczerze mówiąc stało się coś czego nie oczekiwałam: marketing przestał mnie interesować. I wprawdzie dalej pasjonuje mnie biznes, to jednak już nie na tyle, żeby dalej pisać na ten temat.

Potrzebna mi była zmiana.

Oczywiście łatwo to powiedzieć, trudniej wprowadzić w życie. Przez jakiś czas nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Postanowiłam więc wziąć po prostu długie wakacje i przez cały rok właściwie zajmowałam się nic-nie-robieniem. To jest fajne uczucie przez krótki okres czasu, ale nie na dłuższą metę. Szczególnie dla kogoś jak ja, bo ja w ostatnich latach brałam tylko krótkie urlopy, bo tak trudno mi się było oderwać od pracy, która mnie pasjonowała. A tu nagle się całkowicie oderwałam od coachingu, od pisania i w ogóle od tworzenia.

Aż wreszcie, w pewnym momencie, zaczęłam malować. Zaczęło się od tego, że nie mogłam znaleźć odpowiedniego obrazu, który pasowałoby do powieszenia nad sofą. To jest coś, o czym artyści nie chcą słyszeć. Obraz dopasowany do pokoju? Nad sofę? Kierować się rozmiarem i kolorystyką wnętrza przy zakupie sztuki? Ach jaki wielki grzech. Bluźnierstwo w odczuciu szanującego się artysty.

Wiem, bo kiedyś byłam w związku z malarzem, który dzisiaj jest zresztą bardzo znany i szanowany i jego prace wiszą w słynnych galeriach i muzeach. Obracałam się więc w artystycznym gronie, swojemu chłopakowi pomagałam nawet malować, takie proste strawy, jak przygotować blejtram, albo zamalować płaszczyznę kolorem, chyba stąd nasiąknęłam pewną wiedzą na temat malowania, którąteraz mam jak znalazł.

No, w każdym razie chciałam mieć coś unikalnego, nie reprodukcję – a to co mi się podobało to albo rozmiar był nie taki, albo kolory mi nie pasowały, a jak coś znalazłam wreszcie, to było tak sakramencko drogie, że mnie nie było stać. Szukałam po prostu czegoś do powieszenia nad sofą – nie lokaty majątku.

Wreszcie postanowiłam, że sama sobie coś namaluję. Zainspirowana jednym z obrazów mojego ulubionego malarza Tarkaya – ktory jest na górze tej strony – namalowałam taki tryptyk…

Okazało się, że mam taką frajdę z tym malowaniem, że nie mogłam się od tego oderwać. Z tego wszystkiego sporo schudłam, bo jak malowałam, to nie jadlam, bo i ręce zajęte i w ogóle szkoda mi było czasu na jedzenie.

Tak czy siak, odkryłam, że znalazłam nową pasję.
Namalowalam więc następny obraz… I potem następny…

I okazało się, że ludziom się to podoba. Na pierwszej wystawie, w której wzięłam udział mój obraz, tak się organizatorom spodobała oja twórczość, że powieszono mój obraz na głownym miejscu, tuż przy wejściu.

Ten obraz został natychmiast sprzedany, co oczywiście zachęciło mnie do dalszego malowania. Więc teraz jestem w tym malowaniu na całego. Kiedy budzę się w środku nocy, a zdarza mi się to dość często, to już n awet nie próbuję zasnąć, tylko od razu idę do studia, żeby trochę pomalować 🙂

Więcej na temat mojego malowania znajdziesz na tej stronie >>>

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *